Codzienność obozowej egzystencji sprawiała, że w niedługim czasie każdy, kto doświadczył tragedii Zagłady, uodparniał się na nią, starając się żyć i przetrwać w nowych ekstremalnych warunkach. Więźniowie całą swoją uwagę skupiali na tym, by przeżyć i wokół takich najprostszych czynności jak jedzenie, praca i „organizowanie” mienia, koncentrowali wszystkie swoje potrzeby. Nazistowscy zbrodniarze z kolei, starali się im w tym skutecznie przeszkodzić, stosując wobec „podludzi” najrozmaitsze tortury i wprowadzając w obieg politykę terroru i zastraszenia, przy czym sami żyli w takim samym strachu i obawach, że nie sprostają służbie. Bowiem w obozie zagłady, o rzeczywistym stanowisku, a także funkcji, decydowały indywidualne ambicje każdego zbrodniarza z osobna. Wydawać by się mogło, że każdy kolejny nazistowski oprawca był gorszy od poprzedniego. Każdy z nich chełpił się swoją okrutnością w stosunku do więźniów, a im większy strach wzbudzał pośród ogółu, tym miał większy szacunek u swoich przełożonych.
Największym absurdem dotyczącym Zagłady, jest udział w niej wykształconych, światłych, niemieckich profesorów i ludzi nauki. W Auschwitz obok nadzorczyni SS, pełniącej przed wojną funkcję szeregowej urzędniczki, można było postawić na równi profesora medycyny przeprowadzającego operacje doświadczalne na więźniach i śmiało powiedzieć, że obydwoje są takimi samymi zbrodniarzami, bez względu na wykształcenie i wcześniejszą pozycję społeczną.

Od świtu, po całodniową pracę aż do wieczoru, życie w obozie toczyło się swoim własnym rytmem. Kto był sprytniejszy, kto umiał zdobyć jedzenie, przechytrzyć władzę i umknąć śmierci, ten miał szansę przetrwać kolejne dni a może nawet miesiące. Mnogość bezsensownych zakazów jakie dotyczyły więźniów były tylko kolejnym argumentem do bicia i okazją do pokazania, kto tu naprawdę rządzi. Z czasem więźniowie nauczyli się omijać rozporządzenia i pod groźbą kar próbowali ratować swoje życie. Dla przykładu fragment z książki „Dymy nad Birkenau”:
„Nocą płoną ognie i głodni gotują swój nędzny posiłek. Zdarza się wtedy czasem, że z cicha uchyla się brama i do obozu wchodzą SS-manki w czarnych pelerynach i głębokich kapturach. Kto spostrzeże je na czas, ucieka, unosząc drogocenny garnek z niedogotowaną strawą [...] Nie wszystkim jednak dopisuje szczęście. Zdarza się niekiedy, że czarne peleryny staną cicho nad gotującymi, nim te zdążą ruszyć się z miejsca. Wtedy biją, rozdeptują, kopią gorące garnki, paleniska i, co gorsza, zapisują numery przyłapanych. Po jakims czasie odbywa się przesłuchanie u Oberaufseherin Mandel, która oskarża: 1) o kradzież środków żywnościowych z kuchni, 2) o organizowanie drzewa na terenie obozu, równające się sabotażowi, 3) o wyłamywanie się spod przepisów władz lagrowych.”

Źródła:
[Seweryna Szmaglewska "Dymy nad Birkenau", Warszawa 1955]

Znane też są sytuacje, kiedy sami więźniowie chcąc przypodobać się esesmanom, otwarcie z nimi współpracowali. Czasem za dodatkową kromkę chleba lub miskę wodnistej zupy, donosili na towarzyszy niedoli w najrozmaitszych sprawach. Nikt w obozie nie mógł czuć się pewnie, zasady jakie obowiązywały jednego dnia, na drugi dzień mogły już być zmienione na niekorzyść więźniów. Dlatego nawet sami wartownicy nie byli do końca przekonani, czy postępując tak a nie inaczej, nie łamią obozowego regulaminu. Ewentualne niedopatrzenia lub wątpliwości rozstrzygali według własnych kryteriów, tuszując zaistniałe błedy i tłumacząc się, że takie otrzymali rozkazy.

Jak mógł wyglądać dzień pracy SS-Aufseherinnen w Birkenau? W całym obozie Auschwitz w sumie pracowało około dwustu nadzorczyń SS. Były przydzielone nie tylko do Birkenau ale też do obozu macierzystego Auschwitz I oraz do podległych podobozów takich jak Rajsko, Budy, Harmęże czy do obozu Buna [Auschwitz III] tzw. Monowitz. Z pewnością nadzorczynie pracowały na dwie, może trzy zmiany. Oczywiście nie pracowały same, pomagali im niemieccy wartownicy, i z racji tego, że męska część załogi SS była znacznie liczniejsza, kobiety esemanki pełniły raczej funkcję pomocniczą. Nadzorczynie pracujące na nocną zmianę, pilnowały głównie porządku w barakach, jak i na terenie samego obozu. Mogły na przykład bez powodu zarządzić karny apel lub w środku nocy rozkazać blokowej przeliczenie stanu osobowego, jeśli byłyby jakiekolwiek wątpliwości. Takie nocne naloty czy rewizje nie były niczym zaskakującym, cierpiały na tym jedynie więźniarki, którym nie pozwalano odpocząć po dniu ciężkiej pracy.

Były też i takie esesmanki, które asystowały przy nocnych selekcjach na rampie kolejowej. Trzeba pamiętać, że transporty do Birkenau przyjeżdzały także, a raczej przede wszystkim, w nocy. Dlatego część nadzorczyń pomagała w segregacji nowych osób, na tych co mogą pracować i na tych, co od razu zostaną skierowani do komory gazowej. Następnie wybraną grupę kobiet z przeznaczeniem do pracy, nadzorczynie odprowadzały do sauny i pilnowały całego procesu przyjmowania i rejestrowania więźniarek.

Praca nadzorczyń nie była ani łatwa ani przyjemna. Przede wszystkim istniała bariera językowa. Kobiety zwożone z całej Europy, rzadko kiedy znały język niemiecki, nie mogły więc zrozumieć tego, co esesmanki do nich mówią, dlaczego je biją i nie pozwalają być razem z rodziną. W ogólnym zamieszaniu jakie powstawało na rampie przy selekcji, pierwsze wrażenie jakie wywoływały esesmanki nie należało do najprzyjemniejszych. Bo niby kto nie byłby choć trochę przestraszony, widząc po wielogodzinnej podróży kobietę z symbolem trupiej czaszki na furażerce, mówiącej w obcym, niezrozumiałym języku i bijącej bez opamiętania gumową pałką? Drastyczne sceny jakie rozgrywały się na rampie pod osłoną nocy i za dnia, były najgorszym wspomnieniem wielu ocalałych więźniów. Niemcom nie udało się zatuszować krzyków rozpaczy i ogólnego zgiełku, jaki panował na rampie podczas rozdzielania rodzin. Tak więc obóz w nocy również tętnił życiem, ale były to jedynie chwilowe odgłosy protestu przeciwko zbrodni wobec ludzkości. W całym obozie doskonale słychać było wszelkie odgłosy, dochodzące z rampy, zarówno krzyki bitych, niemieckie rozkazy oraz przeraźliwe szczekanie psów. Więźniowie pozamykani na noc w barakach byli świadomi tego, co dzieje się zaledwie kilkadziesiąt metrów od nich. Wiedzieli jaki los czeka ludzi poddawanych selekcji oraz, że większość nie przeżyje nawet kilku następnych godzin, gdyż decyzją nazistowskich lekarzy zostaną odesłani w kierynku krematoriów.

Noc w obozie trwała krótko. Bettruhe, czyli ciszę nocną ogłaszano około dziewiątej wieczorem. Wtedy też obowiązywała Legersperre – całkowity zakaz opuszczania bloków. Dzień natomiast rozpoczynał się bardzo wcześnie, na długo przez wschodem słońca. Około godziny trzeciej nad ranem, w obozie słychać było gong wzywający do wstawania i rannego apelu. Po chwili w całym obozie rozlegały się gwizdki, ponaglające ospałych więźniów do ustawiania się w szeregach przed blokami. Blokowe siłą wyrzucały na dwór śpiące lub półprzytomne kobiety, wynoszono także zmarłe w nocy więźniarki i starannie układano pod blokiem w celu policzenia. Setki kobiet w milczeniu czekały na poranny apel, nawet po kilka godzin.

Apele w obozie były rzeczą niemal świętą. Stojące w szeregach więźniarki czekały aż „panowie życia i śmierci” łaskawie przyjadą odebrać meldunki o stanie liczebnym każdego baraku z osobna. Za zgodność ze stanem osobowym bloku i za przygotowanie raportu, odpowiadała specjalnie do tego przydzielona Blockführerin czyli esesmanka. Zanim na plac apelowy przyjechały najwyższe władze, Blockführerinnen już wiedziały, jak ma się sytuacja na ich blokach, ile kobiet zmarło, a ile może jeszcze pójść do pracy. Potem każda nadzorczyni z osobna, składała raport swojej przełożonej Rapportführerin, głównej nadzorczyni odpowiedzialnej za stany liczebnościowe całego obozu kobiecego.

Praca aufzejerek (tak brzmi ich spolszczona nazwa) kojarzy się głównie z pilnowaniem pracujących komand, tych na terenie obozu oraz poza nim czyli na „aussen”. Irma Grese przez kilka miesięcy nadzorowała właśnie takie różne komanda więźniarek. Była jedną z wielu nadzorczyń, które codziennie maszerowały wraz z kolumną kilkuset kobiet poza teren lagru i przez cały dzień, aż do powrotu były odpowiedzialne za ich wydajną pracę oraz pilnowały tego, by żadna z więźniarek nie próbowała uciec w czasie pracy.
Chociaż Irma podczas zeznań parokrotnie zapierała się, że miała psa służbowego, jest rzeczą wątpliwą, że go nie posiadała. Rzadko kiedy nadzorczynie, które chodziły poza obóz nie miały psów. Owczarki niemieckie były specjalnie szkolone i tresowane tylko po to by towarzyszyć wartownikom i na ich rozkaz rzucać się na więźniów. Pretekstem do szczucia więźniów była źle wykonywana praca, niewłaściwe zachowanie wobec władzy czy oczywiście próba ucieczki. Irma Grese we wspomnieniach więźniów pojawiała się na placu apelowym na ogół w towarzystwie służbowego wilczura, którym tak bardzo lubiła straszyć i szczuć półżywe z przerażenia kobiety.

„Psy, piękne wilczury, świetnie utrzymane i odżywione, prężne i puszyste były specjalnie tresowane. Z właściwą sobie systematycznością Niemcy starali się spaczyć nawet tak uczciwą i szczerą istotę jak pies. Biegnące obok postów wilczury wierzyły święcie, że haftling w pasiaku nie jest człowiekiem, że jest czymś gorszym od padliny. Pies, gdy spoglądał na Niemca w mundurze, miał swój normalny wyraz, czujny i uważny, życzliwy. Łasił się, machał ogonem, dopominał się o pieszczoty, zaglądał w oczy, by odgadnąć myśli: „Co mi rozkarzesz, mój panie?” Ten sam pies, spojrzawszy na haftlinga, kurczył mordę w trudnym do opisania wyrazie psiej pogardy i obrzydzenia. Jego oczy stawały się zimne, okrutne i lekceważące [...] W czasie pracy aufzjerka i wartownicy nie mieli żadnej trudności z pilnowaniem kolumny. Czynił to za nich pies.”

Źródła:
[Zofia Kossak "Z otchłani"]

Jak sama przyznała, Irma była najmłodszą nadzorczynią w Auschwitz. W wieku dwudziestu lat, odpowiedzialna była za świadomy współudział w zbrodni przeciwko ludzkości. Rzecz jasna tą odpowiedzialność wzięła na siebie dużo wcześniej, już w chwili przystąpienia do szkolenia na funkcję SS-Aufseherin. Irma nigdy się nie zastanawiała nad swoją pracą, bo niby nad czym się tu zastanawiać? Czy nadzorczynie były aż tak zdopingowane i zdetermionowane do służby oraz ślepego podporządkowania się rozkazom czy po prostu tak głęboko wierzyły, że to dzięki nim naród germański będzie oczyszczony ze wszystkich nieporządanych „elementów”, że wolały nie myśleć jakie będą w przyszłości konsekwencje tej wierności wobec Rzeszy? W 1943 roku nikt jeszcze się nad tym nie zastanawiał. Fabryka śmierci mogła spokojnie pracować dalej. Młoda esesmanka najwidoczniej bardzo dobrze wykonywała swoje powinności, gdyż w niedługim czasie została doceniona u swoich przełożonych. Na przełomie 1943 i 1944 roku Irma Grese otrzymała promocję na funkcję SS-Oberaufseherin.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>